obezpieczenstwie.pl

Porwania polskich samolotow

Porwania polskich samolotów – dwie nieudane próby

Autor: Łukasz Wojciechowski

W jednym z moich najdłuższych filmów na Youtube zająłem się tematem nieudanych porwań samolotów PLL LOT w okresie PRL. Pierwsza historia dotyczy sytuacji, w której troje brutalnych, bezwzględnych przestępców porwało samolot lecący z Warszawy do Koszalina, ale pilot ich oszukał i zamiast w Berlinie Zachodnim wylądował z powrotem na Okęciu. Było wtedy wyłączenie oświetlenia Pałacu Kultury i Nauki, zasłonięcie napisu Warszawa na Okęciu płachtą z napisem Berlin Tempelhof i spektakularna akcja antyterrorystów. Wydarzenia stały się inspiracją do jednego z odcinków serialu „07 zgłoś się”. Druga historia, w której doszło do próby porwania polskiego samolotu, miała miejsce wcześniej. Chodzi o uprowadzenie samolotu PLL LOT przez Rudolfa Olmę, który niechcący na pokładzie zdetonował trotyl przemycony w torciku czekoladowym. Nie doszło do najgorszego, ale konsekwencje i tak były tragiczne.

Polska słynęła z porwań samolotów

Nie każdy wie, że w okresie PRL nasz kraj słynął z tego, że regularnie porywano polskie samoloty. W niektórych latach Polska była najprawdopodobniej niechlubnym światowym liderem w liczbie takich porwań. Każde takie uprowadzenie to niesamowita historia. Czasami o odwadze i marzeniach, czasami o demoralizacji, pazerności i przeszacowaniu własnych możliwości. Samoloty porywali zarówno wykwalifikowani piloci, jak i zwykli zdesperowani ludzie, czasami też brutalni pospolici przestępcy. Oczywiście czasami się udawało w ten sposób przedostać na zachód, a czasami nie i kończyło się bardzo surowymi wyrokami.

Próby ucieczki na zachód

Porwania polskich samolotów wiązały się właściwie zawsze z tym samym. Ktoś chciał przedostać się na drugą stronę żelaznej kurtyny. Dla wielu ludzi otrzymanie zgody na wyjazd i paszportu było po prostu niemożliwe i nie mogli polecieć samolotami transatlantyckimi PLL LOT. Szczególnie jeśli takie osoby nie miały znajomości u partyjnych dygnitarzy, nie były cenne dla służb jako donosiciele piszący raporty, albo nie miał im kto wysłać zaproszenia. Takie były realia co prowadziło do frustracji i kombinowania jak by można stąd uciec. Porwaniom sprzyjało na pewno to, że PLL LOT w okresie PRL rozwijały siatkę połączeń krajowych i w przeciwieństwie do lotów miedzynarodowych, każdy mógł kupić na taki lot bilet.

Najlepsza lokalizacja – Berlin Zachodni

Chociaż samoloty uprowadzano m.in. do Wiednia i Kopenhagi to najbardziej intratną lokalizacją do ucieczki wydawał się Berlin Zachodni. I tutaj małe przypomnienie. Po II wojnie światowej Niemcy zostały podzielone na dwa państwa – Niemcy Zachodnie, czyli RFN i Niemcy Wschodnie czyli NRD. Granica obydwu państw była jednocześnie granicą żelaznej kurtyny. Ale nie do końca. Francuzom, Brytyjczykom i Amerykanom udało się stworzyć eksklawę na terytorium NRD. Wynikało to z tego, że sam Berlin po przegranej przez Niemców wojnie został podzielony na cztery strefy okupacyjne. Centrum i wschodnie dzielnice zajął Stalin, ale część zachodnią właśnie Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone Ameryki i chociaż Sowieci robili po II wojnie światowej wszystko żeby ich stamtąd wykurzyć, organizując blokadę Berlina Zachodniego, odłączając im prąd, autostradę, jedyne połączenie kolejowe, wstrzymali nawet barki pływające przez rzekę Sprewę. Wówczas sojusznicy stworzyli największy w historii most powietrzny i dowozili rekordowe ilości zaopatrzenia przede wszystkim na lotnisko Tempelhof. I tak powstał i funkcjonował do końca zimnej wojny Berlin Zachodni. Porwania polskich samolotów miały prowadzić właśnie do tego miasta.

Eksklawa w środku NRD

Dzięki utrzymaniu kontroli nad Berlinem Zachodnim jako kawałkiem RFN-u i świata zachodniego otoczonego wschodnimi Niemcami, porwania samolotów i ucieczki z Polski były bardzo kuszące. Lotnisko Tempelhof znajdowało się zaledwie ok. 100 km w linii prostej od polskiej granicy. Porywane samoloty latały z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę, więc spokojnie w 20-30 minut po przekroczeniu granicy można było już postawić stopę w świecie zachodnim. Oczywiście, nie było to wszystko takie proste. Po pierwszych porwaniach służby PRL podjęły działania, żeby zapobiegać tego typu zdarzeniom. Zwracano uwagę na pasażerów, ich zachowanie, załogi pilotów, a podczas niektórych lotów na pokładzie samolotów znajdowali się wyszkoleni w tym celu funkcjonariusze służb, w zależności od okresu m.in. Milicji Obywatelskiej. Na lotnisku Okęcie w Warszawie działała jednostka antyterrorystyczna dowodzona przez Jerzego Dziewulskiego. Ale to nie wszystko. Polscy piloci wojskowi byli szkoleni do tego żeby podejmować próby przechwytywania porwanych samolotów. Trudno zweryfikować czy to prawda, ale niektóre źródła podają, że w przypadku ucieczki Jana Zytki w 1983 roku polscy żołnierze stacjonujący na granicy dostali rozkaz zestrzelenia samolotu, którym Jan Zytka uciekał ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Rozkaz ostatecznie wycofany. No, ale ciągle mówimy o sytuacji, kiedy samolot znajdował się jeszcze w polskiej przestrzeni powietrznej. A tak naprawdę bardzo niebezpiecznie zaczynało się robić po przekroczeniu granicy. Żeby dolecieć do Berlina Zachodniego trzeba było przelecieć ok. 90 km nad terytorium NRD. Niemcy Wschodnie były wtedy naszpikowane wojskami radzieckimi, również komponentem lotniczym. Polacy z Polakami postępowali mimo wszystko ostrożnie, licząc się z ludzkim życiem. Natomiast Rosjanie i inne bratnie narody stacjonujący w NRD mieli inne priorytety. Zdarzało się, że piloci myśliwców wywierali presję na pilotach, żeby lądowali na terenie NRD. Wykonywali niebezpieczne manewry tuż przy porwanych samolotach, co mogło doprowadzić do katastrofy.

Porwania polskich samolotów – pierwsza historia

Pierwsze porwanie, o którym Wam dzisiaj powiem miało miejsce 22 września 1981 r. Tutaj porywaczy było troje – 2 mężczyzn i 1 kobieta, która – jak wynika z niektórych relacji – była z całej trójki najbardziej agresywna i bezwzględna. Ich personalia nie zostały ujawnione, przynajmniej ja nie dotarłem do takich informacji. W jednym z wywiadów Jerzy Dziewulski mówił o tym, że mężczyzna chociaż był Polakiem miał włoskobrzmiące nazwisko, ale tego nazwiska nie ujawnił. Podjęli próbę porwania samolotu Antonov An-24, czyli popularnego „Antka”, który obsługiwał trasę z Warszawy do Koszalina. Udało im wnieść na pokład noże i benzynę w butelce od wody kolońskiej. Po około 20 minutach od startu sterroryzowali stewardessę, grożąc podpaleniem maszyny. Zażądali od kapitana zmiany kursu i lotu na berlińskie lotnisko Tempelhof. Byli jednak amatorami i w pewnym momencie nikt z trójki porywaczy nie przebywał w kabinie pilotów. Dzięki temu kapitan mógł zgłosić porwanie, zapowiedzieć, że wraca na Okęcie i uzgodnić z antyterrorystami kilka istotnych kwestii. Warto podkreślić, że decyzja o powrocie do Warszawy była indywidualną decyzją kapitana, nie mogli mu tego nakazać antyterroryści ani nikt inny. Sam musiał podjąć takie ryzyko. Porywaczom powiedział, że leci na Tempelhof, ogłosił to też oficjalnie wszystkim pasażerom, a później jeszcze przed lądowaniem zapowiedział, że lądują w Berlinie. Jakie były ryzyko? Oczywiście takie, że pomimo tego, że było już ciemno porywacze mogli się domyślić tego podstępu patrząc na otoczenie przez okna samolotu. Co skłoniło kapitana do takiej decyzji? Był już w przeszłości pilotem porwanego samolotu i wiedział jak zachowują się sowieckie myśliwce nad NRD. Ich ostre manewry, pokazywanie rakiet, wykonywanie manewrów tuż przed samolotem pasażerskim i próba zmuszenia za wszelką cenę do lądowania w Berlinie, ale tym wschodnim, w NRD mogły doprowadzić do katastrofy samolotu.

Nieprzygotowanie porywaczy

Porywacze nie mieli dobrej orientacji w terenie, ale chcieli dopiąć swego poprzez terroryzowanie pasażerów i stewardess. Wzięli zakładnika, któremu na szyję założyli pętlę zrobioną z bandażu. Zresztą pod tym samym bandażem jeden z nich ukrył nóż podczas kontroli bezpieczeństwa. Kazali temu pasażerowi usiąść na miejscu stewardessy tak żeby widzieli go inni pasażerowie i podnosili na tej pętli, podduszając i doprowadzając do utraty przytomności. Robili tak dlatego, że na pokładzie zapanowała panika, był gwar, kłótnie i w ten sposób chcieli opanować sytuację. Bili też po twarzy stewardessę oczekując od niej, że skutecznie uspokoi pozostałych pasażerów.

Lądowanie samolotu odbywało się w dramatycznych okolicznościach. Bita stewardessa. Podduszany pasażer – prezes spółdzielni mleczarskiej ze Słupska, który błagał, żeby dali mu spokój i porywacze rozsypujący w przejściu jakieś pocięte papiery, oblewający to benzyną i eksponujący zapalniczkę co miało pokazać, że za chwilę mogą podpalić samolot.

Akcja antyterrorystów

W tym samym czasie jak trwał dramat na pokładzie, antyterroryści dowodzeni przez Jerzego Dziewulskiego zaczęli intensywnie działać. Udało im się wymusić wyłączenie świateł oświetlających Pałac w Wilanowie, Dworzec Centralny i przede wszystkim Pałac Kultury i Nauki w centrum Warszawy, który wówczas nie był otoczony innymi wysokimi budynkami i był bardzo charakterystyczny. Nawet porywacze o niskim ilorazie inteligencji mogli widząc sylwetkę Pałacu Kultury i Nauki domyślić się, że to nie jest Berlin Zachodni. Było to dość spektakularne działanie, ponieważ wymagało zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Warszawą. Po wyłączeniu czerwonych punktów na pałacu było bowiem zbyt niebezpieczne, żeby tam dalej latać. Dodatkowo antyterroryści mieli na taką okoliczność przygotowany ogromny baner z napisem Berlin Tempelhof, który byli w stanie szybko przyczepić i zasłonić napis Warszawa. Zdobycie takiego banera było w tamtych czasach niezwykle trudne i ostatecznie była to ręczna robota jakiegoś specjalisty od malowania.

Wyzwanie dla antyterrorystów

Jerzy Dziewulski mówił po latach, że był to pierwszy przypadek w historii kiedy uprowadzono samolot wylatujący z Warszawy. Wcześniej były to samoloty wylatujące z innych polskich lotnisk. Mówił o tym w takim kontekście, że była to porażka osób, które prowadziły na Okęciu kontrolę pasażerów. No i ta porażka stała się dodatkową motywacja do tego, żeby właśnie w Warszawie rozwiązać problem, który się pojawił likwidując zagrożenie.

Antyterroryści z Okęcia mieli po raz pierwszy w historii przeprowadzić wtedy akcję odbicia samolotu podczas kołowania na płycie lotniska. Taki manewr ćwiczyli wiele razy, przygotowując się na taki scenariusz. Pilot miał wylądować sprawnie i dać sygnał świetlny w postaci dwóch błysków, że to ten samolot. Chodziło o to żeby mogli rozpędzić samochody na pasie startowym poza polem widzenia porywaczy i żeby przypadkiem nie pomylić samolotów. Sami porywacze zachowywali się agresywnie, ale mieli w chwili lądowania już nieco uśpioną czujność, ponieważ byli pewni tego, że się udało i lądują w Berlinie Zachodnim.

Akcja we wnętrzu samolotu

Zamaskowani funkcjonariusze dostali się do samolotu. Wówczas kobieta, która przejęła dowodzenie nad porywaczami, bo uznała, że jej kolega, który dowodził jest zbyt miękki, widząc antyterrorystę w drzwiach krzyknęła do jednego z dwóch porywaczy – „zabij go kurwa” i wtedy antyterroryści strzelili do tego porywacza, który postrzelony wpadł do toalety w samolocie. Wydali wszystkim komendę „na ziemię, nie wstawać” i wtedy niefortunnie wstał akurat z fotela stewardessy ten podduszany, lekko nieprzytomny prezes spółdzielni mleczarskiej. Wówczas został uderzony w twarz kolbą rewolweru przez jednego z antyterrorystów co spowodowało jego utratę przytomności. Oczywiście antyterroryści nie wiedzieli dokładnie kto to jest i że nie współpracuje z porywaczami. Następnie kobieta porywaczka trzymając w ręku skalpel chirurgiczny rzuciła się na stewardessę krzycząc, że pozbawi ją życia. Antyterroryści zareagowali błyskawicznie i oddali do niej strzał, trafiając ją w głowę, ale nie był to strzał śmiertelny. Następnym zastrzelonym mógł być mechanik pokładowy samolotu, który wyskoczył z kabiny pilotów z bronią, chcąc bronić stewardessy. Na szczęście antyterroryści go nie zastrzelili. Ostatecznie nikt nie zginął.

Konsekwencje porwania

Prezes Spółdzielni za ten cios kolbą zdecydował się na drogę sądową uważając, że antyterroryści zrobili to nadmiarowo, niepotrzebnie. Oni zostali uniewinnieni, ale dostał odszkodowanie finansowe od państwa.

Trójka porywaczy trafiła przed sąd i otrzymali wieloletnie wyroki więzienia. Ich czyny został zakwalifikowane m.in. jako usiłowanie zabójstwa. Przedstawione wydarzenia stały się inspiracją do stworzenia jednego z odcinków serialu „07 Zgłoś się”, którego fragmenty wykorzystałem jako tło do przedstawionych wydarzeń w tym filmie.

Porwania polskich samolotów – druga historia

Druga historia nieskutecznego porwania samolotu miała miejsce w 1970 roku, a porywaczem był Polak z korzeniami niemieckimi Rudolf Olma. Rudolf mieszkał w Bielsku Białej i czuł się Niemcem. Miał ogromny żal o to, że po wojnie jego rodzina nie wyjechała właśnie do Niemiec. Zdecydował o tym jak to w życiu splot różnych okoliczności – z jednej strony w momencie podejmowania decyzji rodzinie Olmów żyło się dobrze, mieli majątek, którego nie zabrała im wojna, a z drugiej strony ojciec zaczął chorować i nie miał siły wyjeżdżać i zaczynać wszystkiego od nowa. Zresztą po kilku latach zmarł, dokładnie w 1952 r., a po jego śmierci żona i dwaj synowie – Rudolf i jego młodszy brat Leon klepali biedę. Chociaż kobieta bardzo się starała, pracowała dużo jako sprzątaczka, to w domu było tak biednie, że synowie czasami w zimie nie chodzili do szkoły, bo nie mieli butów. Dodatkowo na podwórku byli z bratem gnębieni przez rówieśników i obrywali za krzywdy, jakie Niemcy wyrządzili Polakom podczas II wojny światowej. Podobno jednemu z braci koledzy z podwórka domalowali kiedyś wąsy, żeby wyglądał jak Hitler. Przez to wszystko jako nastolatkowie, bracia Olma szybko popadli w konflikt z prawem. Kradli, byli kieszonkowcami i to sprawiło, że Rudolf trafił do poprawczaka, później do zakładu karnego. Jednocześnie był zdolny, potrafił szybko się uczyć nowych rzeczy. W więzieniu nauczył się zawodu ślusarza. Miał zdolności manualne, ale też m.in. talent cukierniczy. Robił pyszne torty i inne wypieki, co będzie miało duże znaczenie w tej historii.

Plan Rudolfa Olmy

Pomimo tego, że jako ślusarz nieźle zarabiał, dorabiał też wytwarzając różne przedmioty w swoim warsztacie, nie przestał marzyć o wyjeździe do rodziny do RFN. Prawdopodobnie musiało chodzić o coś więcej niż pieniądze i poziom życia. Władze PRL były jednak bezwzględne i kilkukrotnie odmawiały mu wydawania paszportu. Wtedy zaczął planować porwanie samolotu. Rudolf to był niegłupi facet i dość profesjonalnie rozeznał temat. Przeprowadził według mnie imponującą analizę ryzyka i zaplanował skrupulatnie działania w wymiarze technicznym, ale też psychologicznym. Wiedział, że atrapa broni czy bomby może mu nic nie dać. Jeśli trafi wyspecjalizowanego funkcjonarisza na pokładzie samolotu to ten bez trudu rozpozna, że to jest oszustwo i go unieszkodliwi, albo po prostu zastrzeli. No i przyszedł taki moment, że 27-letni Olma wpadł na pewien pomysł. Pewnego dnia dostrzegł, że kłusownicy przy łowiskach używają trotylu. Na Śląsku zresztą trotylu nie brakowało z uwagi na liczne kopalnie. Mężczyzna postanowił, że to trotyl umożliwi mu sterroryzowanie załogi i uprowadzenie samolotu. Przeprowadził testy i skonstruował bombę własnej produkcji. No i pojawiła się taka kwestia, że musiał się jakoś z tym dostać do samolotu. Chociaż inwestował w swój wygląd, miał drogie eleganckie ubrania to jako mężczyzna zawsze mógł zostać poddany kontroli.

Nieświadoma wspólniczka

Rudolf sam nie miał partnerki, postanowił więc wykorzystać do realizacji swoich planów atrakcyjną narzeczoną swojego brata. Najpierw zaproponował bratu i jego narzeczonej wycieczkę samolotem do Warszawy pod pretekstem odebrania pieniędzy w hotelu od jakiegoś nieistniejącego cinkciarza. Narzeczeni nie spotkali handlarza walutami, ale zwiedzili sobie stolicę i potem zrelacjonowali Rudolfowi szczegóły podróży – wtedy dowiedział się, że kontroli został poddany tylko jego brat, a jego narzeczonej nikt nie niepokoił. A to właśnie Maria trzymała torcik czekoladowy w postaci wafla oblanego czekoladą, który sprezentował im na wyjazd. I to była bezcenna wskazówka w jaki sposób może przemycić na pokład trotyl. Następny torcik będzie miał niespodziankę w środku, ale żeby to przeszło musiał zabrać w podróż nieświadomą narzeczoną brata. I tak się właśnie stało.

Zanim doszło do tego właściwego rejsu z trotylem, zabrał jeszcze Marię w podróż samolotem do Warszawy i kobieta ponownie nie została poddana kontroli na lotnisku. Miał już wtedy pewność, że atrakcyjna, niewzbudzająca podejrzeń blondynka będzie idealna do wniesienia wybuchowego pakunku na pokład samolotu.

Ten dzień

Wreszcie przyszedł ten dzień – 26 sierpnia 1970 roku. Olma ponownie namówił Marię na wspólną wyprawę samolotem, a sam przygotował kolejny torcik, tym razem wpakował do niego dwie kostki trotylu o łącznej wadze ok. 400 gramów i prowizoryczny zapalnik. Całość owinął w folię, obłożył waflami, oblał czekoladą i umieścił w przezroczystej reklamówce – dzięki temu zawartość nie wzbudzała podejrzeń, wyglądała po prostu jak ekskluzywny deser. Później dodał tam jeszcze pomarańcze i inne słodycze i wręczył Marii, która zawiesiła to w samolocie na haczyku przy swoim miejscu. Co ważne – kobieta nie miała pojęcia o tym, że dyndają jej nad głową materiały wybuchowe. Rudolf dodatkowo elegancko się ubrał, zadbał też o detale – np. miał też ze sobą niewielką walizkę, co miało to wyglądać na kulturalnego mężczyznę, który leci z partnerką w krótką, kilkudniową podróż. Po zakupie biletów kupił jeszcze zaskoczonej Marii kwiaty. Więc trudno było podejrzewać taką elegancką parę z kwiatami i torbą ekskluzywnych łakoci o jakieś złe zamiary.

Ostatni lot tego dnia

Lot z Katowic do Warszawy był ostatnim lotem tego dnia załogi samolotu An-24, czyli takiego samego, jak z pierwszej historii o nieudanym porwaniu. Załoga była doświadczona, na pokładzie panowała dobra atmosfera. Lot miał potrwać niecałą godzinę. Niedługo po starcie i ustabilizowaniu lotu Rudolf Olma poprosił Marię o podanie torby z jedzeniem, wyjął swój wybuchowy torcik i przecisną się na przód samolotu. Następnie oświadczył wszystkim, że ma przy sobie ładunek wybuchowy eksponując kostki trotylu i żąda zmiany kierunku lotu do Wiednia. Wyglądało to dokładnie tak, że w jednej ręce trzymał swoją bombę podniesioną do góry, a w drugiej trzymał sznurek przywiązany do zawleczki. To dawało mu pewność, że nikt nie będzie do niego strzelał – bo wtedy pociągnie za sznurek i spowoduje wybuch. Ostatecznie tak właśnie się stało. Pilot szarpnął maszyną, do tej pory trwają spekulacje czy zrobił to celowo czy nie, a Olma nie utrzymał równowagi i się przewrócił.

Leopold Dzikowski

Dziennikarz i fotoreporter Leopold Dzikowski, który był pasażerem feralnego lotu tak po latach relacjonował przebieg zdarzeń. Jako pierwszy wyszedł z samolotu i zdołał zrobić kilka unikatowych zdjęć, których jednak nie pokazano wówczas w prasie i telewizji. Olma został poważnie ranny. Stracił oko i lewą dłoń, był także mocno poparzony. Niektóre źródła podają, że samolot uratowało to, że Rudolf odruchowo złapał spadający materiał wybuchowy i ten eksplodował w powietrzu, a nie na podłodze samolotu. Gdyby było to na podłodze, uszkodzenia byłyby znacznie większe i doszłoby do katastrofy. W samolocie wybuchł pożar, ale udało się go ugasić, a piloci szybko posadzili maszynę pełną rannych pasażerów na lotnisku w Katowicach. Na szczęście nikt nie zginął.

Głośny proces

Doszło do głośnego, pokazowego procesu. Co ciekawe, sąd nie mógł uwierzyć, że Leon Olma i jego narzeczona Maria nie byli zaangażowani w porwanie tego samolotu. Pogrążała ich wycieczka, na którą polecieli kilka miesięcy wcześniej i następnie relacjonowali Rudolfowi jakie były zabezpieczenia. Sąd skazał Olmę na 25 lat więzienia, ale skazał również jego brata na 4 lata i narzeczoną brata Marię Kanikułę na 2 lata więzienia. W grudniu 1971 r. Izba Karna Sądu Najwyższego uniewinniła kobietę od zarzutów. Co ciekawe, podobno sędziemu najbardziej przeszkadzało to, że Rudolf podkreślał podczas procesu to że czuje się Niemcem. W procesie oskarżał go natomiast bardzo surowy wiceprokurator wojewódzki Paweł Bednarek, domagał się dla Olmy kary śmierci. I właśnie ten prokurator kilka lat później pojechał na wycieczkę do Austrii i nie wrócił do Polski – został w Niemczech. Po latach okazało się też, że zaginęły akta z procesu Olmy.

Rudolf Olma przesiedział w więzieniu 17 lat i wyszedł w wyniku amnestii w 1988 roku. Następnie wykupił w Orbisie wycieczkę do Hamburga i został w Niemczech tak jak sobie wymarzył. W ostatecznym rozrachunku poniósł jednak za to bardzo wysoką cenę.

 

bezpieczeństwo w transporciePRLsamolotyŁukasz Wojciechowski

3 listopada 2025


Poprzedni wpis